|
sobota, 01 maja 2010
O porównaniach.
Jak powszechnie wiadomo nikt nie lubi być porównywany. Szczególną alergię na to mają osoby niepewne własnej wartości. A tak się głupio składa, że wszyscy myślą, że jeśli nas porównają do kogoś lepszego, to odniesie to pozytywny - mobilizujący skutek. Skucha. Przynajmniej w Monisinym przypadku. Skutek jest odwrotny. Monika sobie myśli - porównujesz? Cóż - idź więc do ideału, a mi dupy nie zawracaj. Wulgarnie ale zdrowo. No może nie mówię niczego tak drastycznego i raczej podchodzę do tego bardziej racjonalnie, ale... w każdym razie jest takie ryzyko, że kto porównuje, takich słów ode mnie może zasmakuje. Ostatnio takie porównania w wykonaniu Mojego Naj wyrwały mnie ze skarpet. Źle to znoszę. Ale jestem dzielna. Przecież chcę z nim być, jest wart wysiłku i cierpliwości i mojej podwójnej, nierównej walki: ze sobą i z jego przeszłością - odniesieniem do porównań. Chociaż z tym drugim nie powinnam walczyć, to powinno samo uschnąć, ale jest ciągle podlewane... bo niektórzy wolą przeszłość od wszystkiego innego, co pozostało na tej ziemi do zrobienia. Trochę to rozumiem, sama chołubię te dobre momenty z przeszłości. Muszę być więc sprawiedliwa i cierpliwa. Chcę. To przeczy odzyskiwaniu pewności siebie, ale bez przesady, może będę pierwszą, któej uda się pogodzić sprzeczności... O widoczności zmian.
Ok, jestem na dobrej drodze do odzyskania pewności siebie... Ale ostatnio zaczęłam się zastanawiać: co z tego, że ja walczę o pewność siebie, wg swojego mniemania dobrze mi idzie i efekty są całkiem do rzeczy, jeśli wszyscy wkoło nadal postrzegają mnie dokładnie tak jak nie chcę - jako owieczkę miłą w dotyku, acz mało konkretną, dobrą do przerobienia na kebaba (Monika - ta co to nie wie czego chce). Pamiętam co wmyśliłam wcześniej: osoba pewna siebie nie bierze pod uwagę tego co myślą o niej inni. Tylko, że teraz dochodzę do wniosku, że trzeba znaleźć na to złoty środek. Trudno jednak wszystkich w to wciągać - moja walka, moje pole bitwy. Każdy ma swoje problemy, nikt sobie moimi nie zaprząta głowy (prawie nikt, bo są na świecie osoby, które o mnie myślą;)). Musiałabym bardzo głośno krzyczeć, że staję się pewniejsza - wykluczone, no way. Musiałabym się afiszować i strzelać głośne fochy - not me. Ale. Ale. Ale. Jeśli najbliżsi nic nie dostrzegą, to dostrzegą Ci którzy poznają mnie na świeżo. A przede wszystkim liczy się, że sama odzyskam szacunek do siebie.
poniedziałek, 29 marca 2010
O kacach moralnych.
Doszłam do wniosku, że osoby o obniżonym poczuciu własnej wartości mają częściej niż inni kace moralne. Zadręczanie się tym co ktoś sobie o Tobie pomyśli kaleczy. Z tym będzie w całej walce o pewność siebie najgorzej, bo nie wolno tego zetrzeć w pył. Przecież w pewnym sensie to świadczy o obecności sumienia, o społecznym podejściu do życia, to wynik świadomości cienkiej granicy między tym co dobre, a tym co złe. Niepewni widzą świat jakby wszystko co robili miałoby źle oddziaływać na otoczenie. Niszczycielska moc tego podejścia wdeptuje w ziemię i każe być służalczym i dobrym dla wszystkich. Pewny siebie rzadko analizuje to co zrobił. Jest zwyczajnie pewny, że wszystko co robi i to jaki jest jest w porządku. Niepewni mają bardziej analityczne umysły? Ciekawe co było pierwsze: analityczny umysł skutkujący w niepewność siebie, czy niepewność siebie rodząca analityczny umysł?
poniedziałek, 15 marca 2010
O nowym etapie życia.
Zawsze uważałam się za dojrzałą emocjonalnie osobę. Przez nowo poznanych ludzi byłam i jestem postrzegana jako oaza spokoju, opanowania i powagi. Dopiero przy bliższym poznaniu okazuję się być osobą o 180 stopni inną - nie żebym miała ADHD, jestem spokojna, ale nie jestem sztywna i pruderyjna - tak jak się wydaje tym, którzy mnie nie znają, albo którym ja nie daję się poznać. ;) Mam dwie osobowości - spokojną i szaloną. Do czego dążę... Otóż jedna z tych osobowości - spokojna - łatwo przystosowuje się do tych dojrzałych sytuacji zyciowych - do tych zmian w życiu człowieka, które na tym etapie, na którym znajduje się jako 25latka, zwyczajnie muszę tak jak inni przywyknąć i się pogodzić. Jest druga strona medalu - moja druga osobowość, która z nostalgią ogląda się za siebie. Widzi z tyłu super pogodne lata beztroski, z kupą znajomych zawsze ochoczych do zabawy i wygłupów. W tym okresie - nazwijmy go ćwierćwieczem ;) - nastąpiło tyle zmian.. Ale każdy na tym etapie to przechodzi. Z tym, że dochodzę do wniosku, że trudno jest mi przyznać przewagę tej mojej spokojnej części osobowości. Nie podoba mi się to, co przynosi - nazwijmy to - dorosłe życie. Taki bunt małego dziecka (tej niespokojnej części mnie), które musi wstać o 6 i wyjść grzecznie do szkoły... z tym, że biorąc pod uwagę tą przenośnię.. ja-dziecko, już z tej szkoły mam nie wrócić. I to boli.. Nie mam pomysłu na siebie, a w swej niedawnej przeszłości miałam przepełnioną od nich głowę. Teraz siedzę w miejscu spokojnie, patrzę z nostalgią w przeszłość, a gdy spoglądam w przyszłość, to widzę same pozamykane furtki na szczycie wysokich gór, na które nie mam siły wejść. To paradoks, bo brak siły na wejście tam bierze się z braku pewności, a brak pewności bierze się z patrzenia na te furtki na górze... Impas. Jeśli czterdziestolatkowie przechodzą kryzys wieku średniego, to dwudziestopięciolatkowie analogicznie przechodzą kryzys ćwierćwiecza.. Jak słyszę poradę uwierz w siebie, weź się w garść, mam ochotę strzelić człowiekowi w papę i powiedzieć - jestem w garści, wierzę w siebie, ale też stąpam twardo po ziemi, widzę jakie mamy czasy, widzę te pozamykane furtki, a narzekac wiecznie też nie chcę, bo lament nic nie wniesie do mojej sytuacji. Ta szalona, twarda część mojej osobowości wali po głowie, tą drugą spokojną, cierpliwie czekającą na odmianę losu, kopie ją w dupę krzycząc wstań i rób coś! Wieeeeele w kwestii dodania pewności siebie miałoby moje wejście do jakiejś grupy ludzi, między ludźmi najlepiej i najszybciej buduje się swoją osobowość, ale nie mogę chwilowo pójść znowu na studia, nie mam kasy na zapisanie się na moje ukochane tańce, nie mam kasy na angielski, nikt nie chce mnie zatrudnić do jakiejś grupy zawodowej (obecne stanowisko jest, że tak powiem samotne - obsługa klienta w małym "zakładzie obsługowym" - siedzę po 10 godzin saaaaamiutka). Niemniej jednak obecna praca ma swoje plusy, bo mogę tu sobie poaznalizować swoje problemiki, bo głupio napisać, że są to problemy... jestem zdrowa, mam zdrową rodzinę, jest On, jest jako taka praca, symboliczne pieniądze.. tylko z piramidy potrzeb brakuje spełnienia ambicji, zapewnienia o spokojnej przyszłości, stabilizacji i samodzielności, rozwoju. Tylko siedząc i rozmyślając nic nie zmieniam. To drażni. Dobrze, że mam cierpliwość, ale z drugiej strony może gdyby jej nie było, to zaczęłabym heroiczne działania w celu przeprowadzenia zmian. Jestem zdolna do rzucenia się na głębokie wody, ale z mojego położenia nie jestem nawet w stanie dojrzeć tych potencjalnych luster wody;) Eh. Filozof się obudził... Czy jakby feministka powiedziała: filozofka powstała;] Pierniczenie farmazonów, sen starej kobyły, pierdoły. Tyle o powyzszej notce. Coś "plastelina" nie chce się ugniatać. Generalnie nowy etap zycia mi nie służy, a raczej nie służy odbudowaniu pewności siebie. Albo zbuduję ją teraz, albo się pogrążę. Tak to teraz widzę. Obym szybko trafiła między ludzi, bo dziczeję:) Trzeba dostrzec plusy tej sytuacji powiedziałby psychoanalityk, nie wolno skupiać się nad minusami - trzeba je znać, ale patrzeć przede wszystkim na pozytywy. Ok. To potrafię. Ale to nic nie zmienia. Kiedy los się odmieni? Kiedy bedę zdolna go sama odmienić?
środa, 10 marca 2010
O kurczę ;)
Hm, dziś dzień mężczyzny. Mój Mężczyzna jest bardzo ważny w życiu mym (celowy układ słów w zdaniu - żaden byk). Doszedł ostatnio do potwornego wniosku, że traktuję go, jakbym złapała faceta do zamążpójścia i już i koniec i basta i zero wysiłku i tylko olewka z mojej strony. Cholera te różnice między kobietami i mężczyznami poprostu są nie do zatarcia, naprawdę inaczej postrzegamy wszyyyyyyystko. Zazwyczaj na hasło: różnimy się - reagowałam lekką alergią, bo równouprawnienie itd. Kurczę... równouprawnienie równouprawnieniem, ale się cholera nie da zrównać kobiety i mężczyzny na poziomie mentalnym i poznawczym. Mamy tak totalnie odmienne spojrzenie na świat, że nawet po wyjaśnieniu sobie ważnych dla naszego związku spraw ja ciągle się zastnawiam, czy mówiliśmy o tych samych rzeczach:) Nie mówię, że się nie dogadujemy, bo w gruncie rzeczy jest wiele podobieństw. To nie jest brak konsekwencji z mojej strony, jeśli piszę raz, że się nie da zrónać kobiety i mężczyzny, dwa, że jesteśmy podobni. Chodzi o to, że mamy podobne charaktery jako ludzie, ale pomimo wsyztskich podobieństw, wspólnych celów, konsensusów, srusów, pierdusów... to i tak i tak widzimy wszystko inaczej. Przykład: ja - on nic nie mówi, pewnie ma zmartwienie; on - ona nic nie mówi, ma mnie gdzieś. Prozaiczny, ale nie chce mi się myśleć nad szerszym i lepszym. Co mi po postępowaniu zołzy, jeśli ja gubię się w samym poznawaniu się na emocjach. Wydawało mi się, że wszytsko dobrze odczytuję. Jemu też się wydawało, że wszystko dobrze odczytuje:) Ni cholery się nie zgraliśmy, gdyby nie ostatnia awantura, to mogłoby dojść do katastrofy. Analiza tego wszystkiego, co padło podczas tej awantury znowu mnie wpędza w ciemne strony psychologii, na której znam się jak psy na kolorach...ale lubię wierzyć, że się na niej znam;P Po co o tym wszystkim piszę, jeśli blog miał mi pomóc odbudować pewność siebie? Wszystko to się zapętla, bo brak pewności miał się wytępić m.in. a w zasadzie w lwiej części dzięki postępowaniu jak pozytywna zołza. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że kurczę jakiś drastyczny regres w poznawaniu się na ludzkich emocjach mnie dopadł. Może najlepiej będzie jak zacznę postępowac po chłopsku...
wtorek, 09 marca 2010
O konsensusie.
Dziwna sprawa. Wprowadziłam w życie kilka elementów zołzowatości - nie dzwoniłam jak na gorączkę, nie piekliłam się o brak telefonów, smsów, rozmów gg..no i odniosło to skutek - telefon :) juz myślałam: ha, to działa... :D Ale to się okazuje bradziej złożoną sytuacją. Otóż okazuje się, ze on wprowadził zołzowate zasady już dawno, sprawdza mnie dosyć wnikliwie pod kątem moich zachowań i moją zołzowatość odczytywał, jako brak zainteresowania. Ba! Podejżewał, że mi nie zależy. Wynik? Awantura jakich mało.. ale za to jak atmosfera się oczyściła. Mamy konsensus. Może jeszcze nie do końca, bo ludzie docierają sie całe życie... ale stwarzamy coraz lepsze podwaliny:) Zołza jest ok, tylko pod warunkiem, że jest fair i potrafi jasno określać oczekiwania. Zero gierek, bo nasze wzajemne gierki doprowadziły do sytuacji, w której dłuższy czas dwie kochające się osoby, zastanawiały się czy to już koniec, bo jej/jemu nie zależy. Tak więc zdystansujmy się do tego zdrowo. Dorośli ludzie grają w otwarte karty, trzeba pozostać sobą i jasno (cały czas będę to powtarzać) JASNO dawać do zrozumienia, co jest dobrze, co jest źle. No właśnie, ale jeśli chodzi o mnie - ktoś ciągle mi mówi co jest źle, bo o dobrych cechach zazwyczaj w polskiej kulturze mówi się najmniej - to się zacietrzewiam. Człowieek się stara, zmienia, gimnastykuje, martwi, a tu o: krytyka na każdym froncie. No i tu mamy kolejny powód do narzekania. Muszę powiedzieć jednak, że małymi kroczkami, ale do przodu popycham te swoje ciężary. A pewność siebie? Trochę odżyła. Walczyłam pewnie o swoje pięć groszy. Trochęmało, ale co nagle to po diable. Nie wolno nic zmieniać z dnia na dzień. Przynajmniej w tej chwili taka jest moja opinia:) To ciekawe, że kobieta jest naprawdę aż tak zmienna. Powtarzam, że tylko krowa nie zmienia poglądów, a ja krową nie jestem:) Zmeinaim poglądy i siebie i nikt tego nie zmieni;P
czwartek, 04 marca 2010
O opcji Jego zzołzowacenia.
A co jeśli on stanie się zołzem ;) ? Muszę i tą opcję mieć na uwadze, bo szczerze.. to jest baaardzo prawdopodobne, bo to zamienia się w grę, ja hazardzistką nie jestem. Ni cholery nie wiem jak to załatwić, liczę na swój refleks i rezolutność ;P Czy facet może stać się większą zołzą od dziewczyny? Widzicie? Nie ma jeszcze tyle pewności siebie, żeby napisać: a co mnie to... zyczajnie mnie to obchodzi, ten czlowiek stanowi -pomimo tego co robi i mówi- część mnie. Ot i baba ma dylemat. O rysie na szkle.
Trudno mi pożegnać miłą dziewczynę. Jest mi smutno, że ona się nie sprawdziła na tyle, na ile chciała. Była idealistką, umiera cierpliwie... bo cierpliwa bestia była.. Serce jakieś opuchnięte. Dziwne to wszystko. Ciekawe czy się oswoję, ale w sumie do wszystkiego jestem w stanie nawyknąć. Co mi tam, tylko, żeby poszło po mojej myśli!! Chcę powrotu tego co było dobre. O wahaniu.
Mój organizm odbiera wszelkie zołzowate działania jako błąd systemu, jeszcze sobie nie uświadamia, że tak już będzie - dla jego dobra.. tzn dla dobra organizmu, bo czy to jest dobro ONEGO, to jeszcze nie wiem, przekonam się w weekend. Teraz próbuję sobie przetłumaczyć, że dobrze robię, choć nie jestem do końca pewna. Człowiek nigdy tak do końca nie będzie wiedział co jest dla niego dobre. Zastanawia mnie płytkość facetów, wolą zołzy... a my wolimy jednak jak facet jest twardy,lubimy nasze słabości.. dziwne.. dlaczego to już nikogo nie obchodzi? Podlegając zasadzie "bycia zołzą" popadamy chyba w pewien schemat, że inaczej nie można, że partnerstwo i traktowanie siebie fair nie jest najlepszą metodą.. eh, dziwne. I wszystko jednak pod publiczkę.. Nie ma jednak co dywagować, z tego co widzę po starszych stażem, zołzowatość ma sens i jest w pełni usprawiedliwiona.. tylko czy aby na pewno? ...ale walczymy tu także o moją pewność siebie, w zasadzie to przede wszystkim o to tu walczymy, a tak przy okazji - pobocznym torem odbywa się wlaka o równouprawnienie i szacunek tam gdzie jestem i z kim jestem. No i tu jest serce zołzy bijące.. ;) walcz o siebie kobieto. "S" on chest! O pożegnaniu kompleksów.
Całe życie z kompleksami. My kobiety mamy przerąbane, bo wiecznie dostosowujemy się do jakiś standardów. Raz podczas intensywnych prac nad Moniką, udało mi się pozbyć kompleksów i szablonowego myślenia: co pomyślą inni.. miałam to .. no może nie gdzieś, ale zdrowy dystans był podstawą i z krytyki wyłapywałam, to co rzeczywiście trzeba było jakoś przewartościować. Ah ah, jak to był piękny czas. Trwało to całkiem do niedawna. Dzięki mojej nieprzyszłościowej pracy, która mnie uwstecznia :) analizuję siebie i otoczenie baaardzo dogłębnie. Freud to pikuś:) amator.. :) Dochodzę do wielu wniosków, które są w różnym stopniu prawidłowe, a jeśli nie są, to rozkładam je po tysiąckroć na części pierwsze. Nuda. Do rzeczy. Pogubiłam się w tej całej pracy nad sobą. Blog jest po to, by to wszystko usystematyzować. Jeśli chodzi o kompleksy,to muszę powrócić do podejścia zołzy: chcesz, to bierz - nie chcesz, to nie bierz. Jeśli coś komuś nie gra w moim wyglądzie, to trudno, ja się na stół operacyjny dla dobra oczu innych nie podłożę. Ostatnio nie wyglądam najlepiej, ale to jak wyglądam - odkryłam to jakiś czas temu - pochodzi z wnętrza. Jeśli akceptujesz siebie i jesteś szczęśliwa, to wtedy wyglądasz najlepiej. No i właśnie dziś chcę sobie to przetłumaczyć. Nie obędzie się bez zmian w garderobie... ;P jestem kobietą i wiem, że czasami trzeba takiej prymitywnej motywacji. Nowy ciuch zawsze jakos odmienia... to dziwne.. taki prostacki nawyk.. jako feministka gardziłabym nim, jako kobieta pracująca uznaję to za nagrodę, że po tylu miesiącach niedocenienia samej siebie, kopnęłam się w głowę i ratuję co mogę:) ON jest.. że tak powiem na poligonie;P poligonie zorganizowanym przez rodzącą się zołzę, albo to przetrwamy, a jeśli nie, to szkoda, mogłoby być pięknie;] Nie chce mi się już znosić dłużej .. no właśnie... czego..? Jak to nazwać, jeśli jest miły czuły, a za chwilę pokazuje twarz obojetną, która się ogląda na swoją przeszłość jak na jakiś wzór. Eh. Będzie co ma być. Tak ma być. Dobrze byłoby,gdyby było po mojemu;P |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Podmurówka ;)
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||